
Dla mnie rewelacja. Przyznam, że przymierzałem się do lektury już rok temu i odpadłem po kilku pierwszych stronach. Teraz uwiodła mnie ta opowieść od samego początku. To najbardziej amerykańska książka nieamerykańskiego pisarza, napisana tak, że aż trudno uwierzyć, że te wszystkie (prawie) osoby i dialogi są fikcyjne. Całość, z pozoru chaotyczna, składa się w rewelacyjnie skomponowaną powieść o ludziach z małego miasteczka, która mówi nam bardzo dużo o Stanach. Szalone, ale fascynujące. Podczas lektury, mając do czynienia nie tylko z kilkoma narratorami, ale też z faktem, że każdy z nich pisze w zupełnie innym stylu (dziennik, książka niemal naukowa, krytyka sztuki, opowiadanie, wywiad) i o pozornie niekoniecznie tych samych sprawach, łapałem się kilkakrotnie na tym, że chyba nie da się tego wszystkiego połączyć w jakąś logiczną całość. A jednak się dało! I choć główny „bohater” tej opowieści, czyli Jeffrey Waters wydawać się może nie do końca kimś (czymś?) realnym, ale sam fakt stworzenia go przez dwóch ojców wiele wyjaśnia. Połączenie fikcji z autentycznymi wydarzeniami i nazwiskami ludzi z pierwszych stron gazet powoduje, że czytelnik łapie się na tym, że sprawdza, czy może jednak mamy tu do czynienia z czymś, co wydarzyło się naprawdę. Dialogi radiowych didżejów czy telewizyjnych reporterów są oddane rewelacyjnie prześmiewczo. Językowo jest ta książka majstersztykiem najwyższej próby. W każdym razie ja ją tak widzę. Wspaniały debiut!
EB
Książka jest dostępna w naszej Bibliotece, zapraszamy do wypożyczania i dodawania swoich komentarzy!
